MCU mnie nudzi. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że wszystkie marvelowskie produkcje są kropka w kropkę takie same. Coś, co z początku było bardzo świeże, zaczęło w pewnym momencie się psuć. Choć w Doktorze Dziwago pokładałam wielkie nadzieje, zakładałam z góry, że może być maksymalnie przeciętny. Czy miałam rację?

Możliwe lekkie spoilery.

Doktor Stephen Strange, sławny i bardzo egocentryczny neurochirurg, ulega wypadkowi samochodowemu, przez który traci sprawność w rękach. Jego życie rozpada się na małe kawałki. Od tamtego czasu poświęca wszystkie swoje środki, by wrócić do zdrowia i zawodu. Ostatnią deską ratunku okazuje się tajemnicze Kamar-Taj w Himalajach – świątynia, w której urzęduje Przedwieczny.

Pierwszą zaletą tego filmu, o której mówiono na długo przed premierą, był casting. Bo jak to tak? Benedict Cumberbatch, Mads Mikkelsen i Tilda Swinton w jednym filmie? Spodziewaliście się, że zobaczycie kiedyś coś takiego? Ja chyba też nie.

O wielkiej trójcy nie ma co się rozpisywać. Oczywiście, że robią świetną robotę, choć postać grana przez Mikkelsena jest słabo napisana, ale o tym zaraz. 

Przy tak świetnej obsadzie, pozostali aktorzy mogli wypaść słabo. Kwestia odbioru bodźców. Mogli, ale tego nie zrobili. Sporo mówi się (niekoniecznie dobrze) w zagranicznych recenzjach o Rachel McAdams, odtwórczyni ‘dziewczyny superbohatera’. Wiadomo, w każdym filmie tego typu pojawia się taka postać. Christine Palmer nie została zepchnięta na boczny tor i nie została zwykłym zapychaczem. To kobieta z charakterem, która, choć zakochana w głównym bohaterze, potrafi powiedzieć mu „nie”, a nawet od niego odejść.

Uwagę przykuwa jeszcze dwójka aktorów – Chiwetel Ejiofor, czyli filmowy Mordo, oraz Benedict Wong, grający Wonga. Serio, nie wiem, czy to jakiś żart ludzi od castingu, czy zwykły przypadek, ale to prawda. Obaj pasują do tych ról, które momentami dość mocno odbiegają od pierwowzoru, ale przynajmniej wnoszą coś ciekawego do fabuły.

Film uwodzi widza efektami specjalnymi. Jeśli możecie, obejrzyjcie go w 3D, bo efekt na pewno jest jeszcze lepszy. Nie ma tu wybuchów, walących się budynków i tego wszystkiego, co zawsze jest w takich filmach. Pamiętajmy, że mamy tutaj do czynienia z filmem, w którym jest magia i inne wymiary, i nie udałoby się to bez dobrze wykonanych efektów. Do tego już na wstępie twórcy uświadamiają nas, że będzie dziwnie i musimy się mocno skupić na początku, by wiedzieć, o co chodzi. Ale to dobrze. W końcu Marvel zaczyna wymagać czegoś od widza.

Co ważne – film nie jest patetyczny, a pojawiający się tam humor jest dużo mniej wymuszony niż w przypadku choćby Iron Mana. Jeśli ktoś z Was czytał komiksy o Strange’u, to wie, że bez odpowiedniej dawki żartów to by się nie udało. Stephen, jako intelektualista i twardo stąpający po ziemi człowiek, podchodzi do świata magii z wielkim dystansem i sceptycyzmem. Żarty w tym filmie pojawiają się non stop, nawet peleryna ma poczucie humoru, a przy tym nie jest to przesadzone, jak na przykład w Strażnikach Galaktyki.

Ciężko przyczepić się do czegokolwiek w tym filmie. Choć nie, jest jedna taka rzecz – Kaecilius. Dobrze, że nasz biedny Stephen na początku swojej kariery jako zbawca świata nie dostaje niesamowicie silnego przeciwnika. Dobra, dostaje, ale dopiero pod koniec filmu. Przez większość czasu przeszkadza mu właśnie Kaecilius, grany przez Mikkelsena. W komiksach jest on uważany za jednego z najpotężniejszych przeciwników doktora, a w filmie wypada dość blado. Jakby nie do końca wiedziała, o co mu chodzi i jaki jest plan.

Doktor Strange to produkcja bardziej niż poprawna, a przy tym tak inna od tego, co do tej pory serwowało nam MCU. I chwała bogom, że tak się stało. Twórcy obrali całkiem inną drogę i choć momentami oczywiście wpadamy w znany schemat, to i tak się świetnie bawimy. Doktor Strange to najlepsze film superbohaterski, jaki widziałam od wielu lat.

Kiedy znowu zobaczymy Doktora Strange?

Na ten temat pojawiło się już wiele spekulacji. Najpewniej będzie to Thor: Ragnarok (premiera 3 listopada 2016 roku), co sugeruje jedna z dwóch scen po napisach. Dodatkowo nordycki bóg musi odnaleźć swojego ojca i ponownie zmierzyć się ze swoim przyrodnim bratem . Były neurochirurg pomógł Thorowi kiedyś w takiej sytuacji. Miejmy nadzieję, że Marvel spełni nasze marzenia, ale póki co pozostaje nam tylko czekać.

Advertisements

6 myśli na temat “Czy „Doktor Strange” daje radę?

  1. Zgodzę się prawie ze wszystkim, ale nie z akapitem o humorze. O ile ta część o Polerynce jest jak najbardziej prawdziwa tak fragment, że humor w filmie nie jest wymuszony sprawił, że aż cofnęłam się na krześle. I że lepszy od „Iron Mana”? Właśnie w IM humor był naturalny, a tu przez większość czasu wydawało się, że te żarty są na siłę wciśnięte i słabe 😦 Ale fajnie, że całkiem inaczej to odebrałaś, bo ja chyba jestem w większości odbiorców pod tym względem.

    Lubię to

    1. Relacja Strange-Wong była dla mnie genialna i parskałam ze śmiechu przy tym wielokrotnie 😉 Za to o ile w pierwszym IM żarty były świetne, to z każdym kolejnym wystąpieniem Tony’ego pojawiało się w mojej głowie co raz większe „Meh”. Każdy ma swoje poglądy i swoje poczucie humoru, co jest świetne, bo przynajmniej podyskutować można na ten temat 😀

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s