Proza Dana Browna nigdy mnie nie przekonywała. Podobnie zresztą jak kinowe wersje jego książek. Najpierw kontrowersyjny Kod Leonarda da Vinci, który okazał się bardzo przereklamowany, a później Anioły i Demony z wybitnie nielogicznymi zwrotami akcji. Niestety produkcje tego typu przynoszą wystarczająco duże zyski, a przecież nie zabija się kury, która znosi złote jaja.

Dziesięć lat po premierze Kodu da Vinci Ron Howard znowu zaciąga biednego Toma Hanksa na plan filmowy. Tym razem ma on biegać po Wenecji i kilku innych starych europejskich miastach, a to wszystko przez szalonego miliardera, który stwierdził, że ludzi jest za dużo i trzeba ich wybić. Wszystko kręci się wokół Dantego i jego Boskiej komedii, bo czemu by nie. Kto autorowi zabroni.

Oczywiście profesorowi pomaga młoda i niesamowicie inteligentna lekarka Sienna Brooks, grana przez Felicity Jones, którą w tym roku będziemy mieli okazję zobaczyć jeszcze w Rogue One: A Star Wars Story. Może tam będzie miała większe pole do popisu. Ściga ich czarnoskóry agent WHO Christoph Bouchard (w tej roli Omar Sy – ten z Nietykalnych).

Generalnie fabuła kręci się wokół uciekającego Toma Hanksa, który dużo lepiej by zrobił, jakby znalazł dobrą kryjówkę z dostępem do Wi-Fi, ale co ja tam wiem. I tak nasz biedny bohater biega po muzeach, aż chciałoby się krzyknąć Run, Forrest! Run!, i próbuje odnaleźć wirusa, który ma zgładzić za kilka godzin całą ludzkość.

Nie mam nawet za bardzo ochoty bawić się w wytykanie scenarzyście błędów fabularnych, o odstępstwach od książki nawet nie wspominam. Wielu fanów literatury Dana Browna śmie oskarżać Davida Koeppa o nieznajomość pierwowzoru. Zgłębiając ten temat stwierdzam, że zdecydowanie coś w tym jest.

Do tego twórcy próbowali bardzo mocno dorzucić elementy gore, mając nadzieję, że krew i powykręcane ludzkie ciała odwrócą uwagę widza od tego, jak bardzo ten film jest bezsensu.

Problemem z Inferno nie polega na tym, że jest to zły film. Po prostu jest to produkcja bez pomysłu, ładu i składu. Nudna i niewnosząca absolutnie nic, oprócz kilku ciekawostek na temat Dantego, które można przeczytać na Wikipedii. Choć co do ich wiarygodności mam pewne wątpliwości. Do tego kilka ładnych widoczków i zwrotów akcji, które nikogo nie zaskakują.

Najprościej rzecz ujmując jest to film, który mógłby nie powstać i nikt by nie odczuł różnicy.

Łącząc Indianę Jonesa z Jasonem Bournem twórczy strzelili sobie w stopę z dość dużego kalibru. Widać jednak, że rana szybko się zagoiła, bo już pojawiają się pogłoski o ekranizacji Zaginionego Symbolu. Cieszmy się i radujmy… or whatever.

Advertisements

2 myśli na temat “Czas przejść na emeryturę, panie Langdon, czyli kilka gorzkich słów na temat Inferno

  1. Pamiętam, że byłem mocno zachwycony „Kodem da Vinci”, bo pierwszy raz w życiu spotkałem się z tak dynamiczną akcją, bo, jak wiadomo, nieopierzony ze mnie jeszcze młokos. Ale z czasem opieranie fabuły na tych samych zagraniach zaczęło nudzić. Przy „Infernie” nudziłem się niemiłosiernie, więc wolę nie sprawdzać w kinie, co „nowego” wymyślił reżyser.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s