Jasona Bourne’a można zdecydowanie nazwać amerykańskim Jamesem Bondem. Oryginalnie historia agenta CIA składała się z trzech części i sądzę, że na tylu twórcy powinni skończyć.

Po Ultimatum Bourne’a przyszedł czas na Dziedzictwo Bourne’a – film, który bazował na powieści zupełnie innego autora – Erica Van Lustbadera. Po czterech latach Matt Damon ponownie wciela się w rolę agenta do zadań specjalnych. Tylko czy za piątym razem nie dostaniemy już odgrzewanych kotletów? I to takich sprzed tygodnia?

Jason Bourne szuka swojej tożsamości sprzed dołączenia do programu. Stara się ukryć w cieniu i mieć święty spokój od federalnych. Później pojawia się blondyna i sprawy zaczynają się sypać. Tak tak w bardzo dużym skrócie.

Mówi się, że film może być albo dobry, albo zły. Ja bym dodała jeszcze do tego trzecią kategorię – przeciętny. Właśnie tak można określić dzieło Paula Greengrassa. Dostajemy w nim najbardziej sztampowe motywy, jakie mogą się pojawić w amerykańskim kinie szpiegowskim/akcji. Wielki spisek, jeszcze większy patriotyzmy. Przed seansem na nic innego się nie nastawiałam, ale nawet to mnie przerosło.

Przede wszystkim w tym filmie nie ma nic ciekawego. Płasko, bez emocji i choć jednego interesującego wątku. Wiem, że są osoby, które powieszą mnie za to, co teraz napiszę, ale nigdy nie uważałam, że filmy o Bournie są szczytem kinematografii, a już na pewno daleko im do kanonu gatunku. Zawsze były typowymi amerykańskimi produkcjami z dobrym PRem. Jedynym ciekawym elementem był główny bohater, który tutaj także nie dał wyjątkowego popisu.

Może i uznałabym ten film za dobry, gdybym nie widziała poprzednich części, ale umówmy się – Jason Bourne to produkt wtórny. Nic odkrywczego. Cały film to powielanie schematów. Wyszło to drętwo i niewiarygodnie.

Nawet gra aktorska nie przynosi chluby tej produkcji. Matt Damon ostatnio jest na świeczniku, czego główną zasługą jest Marsjanin. Myślę, że Bourne nie jest szczytem jego możliwości. Lepiej wypadli natomiast Alicia Vikaneer (Heather Lee) oraz Tommy Lee Jones (Dyrektor CIA Robert Dewey).

Do zalet można też dodać całą stronę techniczną filmu. Praca kamery jest odpowiednia do tego typu produkcji, a muzyka momentami wręcz idealnie wpasowuje się w konkretne sceny. To sprawia, że te oklepane momenty stają się choć trochę ciekawsze.

Jason Bourne to film nad wyraz przeciętny. Nie jest zły, czasem nawet i przyjemny, ale nie może dorównać poprzednim częścią. Chyba właśnie taki jest jego problem, bo jako solowy film, niemający nic wspólnego z kultową trylogią, mógłby wypaść dużo ciekawiej.

Advertisements

7 myśli na temat “Agencie, czas na emeryturę, czyli co jest nie tak z filmem „Jason Bourne”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s