Tytuł: „Constantine” 
Sezon: 1
Gatunek: fantasy, dramat
Na podstawie: „Hellblazer” DC Comics
Emisja pierwszego odcinka: 24 października 2014
Twórca: Daniel Cerone, David S. Goyer
Kraj produkcji: USA
Ocena: 7/10

„Piekło towarzyszyło mi przez całe moje życie. O ile gorsze może być to prawdziwe?”[org. “I’ve been carrying Hell with me my whole life. How much worse can the actual place be?”]

Najpierw był komiks, który z chęcią kiedyś przeczytam. Następnie światło dzienne ujrzał film z Keanu Reevesem, który mnie osobiście nie zachwycił. Gdy w modzie pojawiły się seriale, szczególnie te na podstawie komiksów, nie mogło zabraknąć Johna Constantina. Jak na tle tego wszystkiego wypadła ta ekranizacja „Hellblazera”? Sprawdźcie 🙂

„Hellblazer” jest serią komiksów wydawanych w latach 1988-2013 przez DC Comics w ramach imprintu Vertigo. Zaznajomionym z komiksami może to dużo powiedzieć. Vertigo zajmuje się wydawaniem komiksów dla starszych odbiorców, pełnych kontrowersji, brutalności i tym podobnym. Jednym ze scenarzystów jest znany i lubiany Neil Gaiman, o którego komiksie „Sandman” mogliście już u mnie przeczytać. 
Poznajcie Johna Constantina (Matt Ryan) – niebieskookiego blondyna mówiącego z brytyjskim akcentem, który wizualnie przypomina trochę Stinga. Póki co wydaje się być ideałem, ale do takiego mu daleko, wierzcie mi. John pała się dość nietypową profesją. Egzorcysta i mag. Do tego dodajmy jeszcze dość cyniczny sposób życia, nałogowe palenie i pewną surowość, zgorzkniałość. Z tym przyjemniaczkiem nie można się nudzić. 
Jego życie pośmiertne jest z góry przesądzone. Przez swój styl życia został potępiony, lecz mimo to dalej chce walczyć z demonami by uchronić ludzkość. Jest to niezłe ryzyko biorąc pod uwagę fakt, że spotka się z nimi w Piekle, gdzie raczej nie przywitają go z otwartymi ramionami. Teraz, gdy świat spowija ciemność, pracy jest dużo więcej. Coś złego się dzieje i tylko John może to zatrzymać. W misji towarzyszy mu niemal nieśmiertelny przyjaciel Francis „Chas” Chandler (Charles Halford), artystka oraz medium w jednym, czyli Zed Martin (Angélica Celaya) oraz anioł stróż naszego bohatera – Manny (Michael James Shaw).
Od lewej: Michael Shaw, Matt Ryan, Angelica Celaya i Charles Helford. 
Podobnie jak film, tak i serial spotkał się z mieszanymi recenzjami. Po obejrzeniu obu mogę od razu stwierdzić, że wersja z Mattem Ryanem bardziej do mnie przemawia. Ma w sobie odpowiedni klimat, z tego co zdążyłam się zorientować, trzyma się ogólnego komiksowego zarysu. Do tego John wygląda tak jak powinien, czego o filmie nie można powiedzieć. 
Matt Ryan zachwyca tutaj nie tylko wizualnie. Pewna plastyczność i łatwość w zmianie emocji, a także specyficzna mimika mogą dawać wrażenie karykaturalności. Ja potraktowałam to jednak jako zamierzony zabieg. Widać w tym było pewne szaleństwo tak pasujące do tej postaci. Komplementem nie można obdarzyć Zed, która z odcinka na odcinek traci wyrazistość. Z silnej babki przechodzi w melancholijną bidulkę. Z początku tworzyła z Constantinem ciekawy duet silnych osobowości, który w pewnym momencie stracił swój blask. 
Komiksowy John, Keanu Reeves i Matt Ryan.
Chyba nie muszę już tłumaczyć, dlaczego Matt jest lepszy. 
Większość z Was na pewno kojarzy serial „Supernatural”. Dwóch braci zawodowo polujących na wszelkie potwory, demony i inne paskudztwo. Zbieżność „Constantine” z historią Winchersterów jest niesamowita. Forma przypomina pierwszy sezon „Supernatural”, w którym każdy odcinek był jakby osobną sprawą i niewiele było powiązań między epizodami. Powielił się także wątek nadciągającego zła, które ktoś musi powstrzymać i tym kimś są/jest główny bohater. Manny, anioł pomagający Johnowi, ma na początku wiele cech wspólnych z Castielem, a Chas to taki trochę Bob Singer. 
Od początku odnosiłam wrażenie, że twórcy potraktowali historię Johna Constantina trochę po macoszemu. Inne produkcje spod szyldu DC Comics – „Flash” czy „Arrow” – od początku miały dobrą reklamę, spory budżet i wszystko czego potrzeba, by osiągnąć sukces. Mimo to efekty specjalne są na całkiem niezłym poziomie. Brak w tej kwestii tego przerysowania, sztuczności, która aż boli. 
Rada na przyszłość. Należy zapamiętać.
Serial ma swoje wady. Nie jest też typową bajeczką o superbohaterach czystych jak łza. I bardzo dobrze, że tak nie jest. John to antybohater, a „Hellblazer” oraz „Superman” są jak dwa przeciwne bieguny. „Constantine” był czymś innym, nowym w świecie komiksowych adaptacji i stąd moje wielkie ubolewanie nad końcem. Drugi sezon stoi pod znakiem zapytania. Pojawiły się plotki, że ma zostać przeniesiony do stacji SyFy i być emitowany jako „Hellblazer”. Ostateczna decyzja ma zapaść pod koniec miesiąca.
Advertisements

3 myśli na temat “"My name’s John Constantine" czyli o serialowej wersji "Hellblazera"

  1. Zgadzam się, że serial ma bardzo przyjemny klimat, naprawdę ładnie oddali atmosferę komiksu. Ogólnie całkiem nieźle odnieśli się do materiału źródłowego, mamy tu sporo nawiązań do serii, bardzo mi się to podobało. No i Matt wygląda tu jak żywcem wyjęty z kart komiksu, też oceniam go wyżej niż Reevesa.
    Ogółem mam nadzieję, że serial będzie kontynuowany na SyFy. Jeśli poświęcili by mu więcej uwagi niż NBC, to mogłoby wyjść coś naprawdę dobrego.

    I psst, serialowej wersji „Hellblazera”, ten apostrof tam się niepotrzebnie wkradł. ^^

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s