Ostatnio na jakimś blogu natrafiłam na artykuł, w którym autor poruszał problem czytelnictwa, a właściwie jego braku, wśród młodego pokolenia. I o ile sam post był bardzo typowy, że jak już czytają to lektury i książka generalnie jest be i fu, tak komentarze mnie zszokowały. Pełno tam było historii, jak to w szkole czytających się nie rozumie, a nawet szydzi z nich. Nie wiem, czy ja może żyję w jakimś innym wszechświecie, w którym na nastolatka z książką patrzy się jak na każdego innego. Ba! Nawet z większym uznaniem czasami. Dobra, może i poziom czytelnictwa jest słaby. Ponoć statystyczny Polak czyta jedną książkę rocznie. Żyjemy w erze telewizji, internetu i durnych filmików o kotach, które potrafią zabrać nam nawet cały nasz wolny czas. Na 29 osób w mojej klasie czyta 8, a przynajmniej o tylu wiem. Pozostali tylko się uśmiechają, widząc nas z nosem w książce. Ile to razy usłyszałam „Ej, co czytasz?”, a zaraz potem „Kurde, fajne to może być!”. Jasne, powiedzonka pokroju „Nie udawaj, że umiesz czytać” też się zdarzają, jednak są to tylko i wyłącznie żarty. Takie pseudośmieszne, trochę chamskie odzywki są na porządku dziennym w klasie zdominowanej przez płeć brzydszą (nie ubliżam, bardzo Was lubię, Panowie). Taki ich charakter i pozostaje się tylko przyzwyczaić. 
Prawdą jest, że obecny kanon lektur szkolnych bardziej odrzuca niż zachęca. Sama niewiele z nich przeczytałam, bo wolałam sięgnąć po coś z własnej półki. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć przeczytane przeze mnie pozycje obowiązkowe w liceum. Dlaczego tak jest? Bo mało kogo tematyka tych książek interesuje. Rozumiem, że są pozycje „must read”, bez których ani rusz. Tego jest jednak za dużo i w moim odczuciu wszystko jest na jedną modłę. Weźmy taki romantyzm. Mickiewicz, Mickiewicz, Mickiewicz, Mickiewicz, Mickiewicz…. A na koniec gdzieś Słowacki. Martyrologia narodu stała się moim wewnętrznym cierpieniem, a ból istnienia pojawiał się przy każdej kolejnej stronie. Wiem, pewnie nie jedna osoba krzyknie zaraz, że bluźnię. Nie tylko ja takie katusze przechodziłam przez cały okres omawiania tej epoki. Nagle jednak coś się stało. W ramach urozmaicenia dostaliśmy do przeczytania dwa albo trzy opowiadania Edgara Poe. Zakochałam się! Mroczne, tajemnicze, po prostu cudowne. Wiecie co się potem stało? Wiele osób (tych nieczytających!) sięgnęło po inne teksty tego autora z własnej nieprzymuszonej woli. Pointa mojego wywodu w tym akapicie jest taka, że brakuje w poznawanych przez nas książkach w okresie edukacji różnorodności. To ona rozbudziłaby ciekawość młodych ludzi i dała im możliwość odkrycia w literaturze tego dreszczyku emocji. 
Poziom czytelnictwa w Polsce jest…. dziwny. Tak, dziwny! Według najnowszych badań nasz rodak przeznacza średnio sześć i pół godziny tygodniowo na czytanie czegokolwiek, ale aż 61% z nas nie sięgnęło po żadną książkę w 2012 roku. Co zaskakujące na przeszkodzie nie stoi tutaj brak czasu i nadmiar obowiązków. Polacy czytają tym mniej, im są starsi, a większość kończy przygodę z lekturą wraz z opuszczeniem murów szkoły po raz ostatni. Paradoksalnie większość z tych osób widzi zalety czytania i uważa to za bardzo wartościowy sposób spędzenia czasu. Co raz rzadziej sięgamy po literaturę, a imprez i inicjatyw jej poświęconych jest co raz więcej. I gdzie tu sens? 
Sama nie wiem, co chciałam tym wywodem osiągnąć. Chyba musiałam po prostu przelać myśli na papier. Przecież i tak nic nie zmienię. Przynajmniej póki co ;). Na razie trzeba będzie się z tym pogodzić i w zaciszu pokoju stworzyć plan zmienienia świat. 
Advertisements

8 myśli na temat “Książka nie taka straszna, czyli czytelnictwo wśród młodzieży.

  1. Gdy szłam do liceum, moja czytająca przyjaciółka poprosiła mnie, bym nikomu nie mówiła, że lubimy czytać. Stwierdziła, że nowi ludzie nas nie znają, więc możemy udawać, że jesteśmy takie fajne jak oni, nieczytający…
    Cóż, wtedy właśnie straciłam przyjaciółkę.

    Lubię to

  2. Cóż, ja będąc w szkole, byłam dziwakiem, bo przesiadywałam z książką na korytarzach i byłam wyśmiewana. Oczywiście nie przeszkadzało mi to czytać dalej. Teraz, na studiach, jest inaczej, raczej patrzą na to jak na zaletę.
    A co do lektur szkolnych, bardzo się z Tobą nie zgadzam 🙂 my musimy znać takie książki jak Pan Tadeusz, inne dzieła Mickiewicza, wiersze Słowackiego i innych niewspółczesnych. Nawet jeśli ich nie przeczytają dzieciaki, to usłyszą interpretację na lekcji i jest to bardzo wazne. Nigdy nie powinny być zdjęte. Moim zdaniem zastępowanie takich dzieł współczesnymi w kanonie lektur to niewybaczalna zbrodnia bo żadna współczesna książka polska (a polskie powinniśmy poznawać w szkole) nie umywa się do tamtych.

    Lubię to

  3. Nie tyle zastąpienie może, co dodanie. W tym momencie w liceum, w klasie, która nie jest humanistyczna, lektur obowiązkowych, które należy przeczytać w całości jest 9, może 10. Pozostałe są omawiane fragmentarycznie, często nawet bez zapoznania z tekstem właściwym. Dodani autorzy niekoniecznie muszą być współcześni. Edgar Poe dla romantyzmu lub Orwell i Fitzgerald dla XX-lecia. Nie chcę wyjść na osobę o ogromnie negatywnym stosunku do polskiej literatury, bo tak nie jest. Negatywnie jestem nastawiona tylko do tej szkolnej 😉

    Lubię to

  4. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam i post, i komentarze. Jestem nauczycielem i wydaje mi się, że duża część uczniów (szczególnie licealistów) nie czyta lektur dlatego, że to lektury;) A jak już przeczytają, to się okazuje, że jednak „fajne”. No, może rzeczywiście nie Mickiewicz, ale go akurat znać trzeba;) Poza tym lista lektur w ostatnim czasie została urozmaicona, wiele zależy od polonisty, jakie teksty wskaże. I od zaopatrzenia biblioteki niestety też.

    Być może pracuję w specyficznej szkole (chociaż nie sądzę), ale według moich obserwacji młodzież czyta. I to dużo. Oczywiście, nie wszyscy i nie zawsze lektury, ale bardzo często rzeczy interesujące i wartościowe. A jeżeli już ktoś jest obiektem żartów, to raczej ten, kto nie czyta:)

    Lubię to

  5. Ja nie czytam lektur szkolnych prawie nigdy.Właściwie to wszystko, co mogłabym tu napisać, ujęłaś w poście.
    A to wszystko przez tematykę. Mnie np. nie interesują opowieści typu „Krzyżacy”. Dlatego przeczytałam ze 20 stron. Na siłę. Pamiętam jednak inną lekturę, jeszcze z podstawówki. „Chłopcy z placu broni”. Tak, to było coś… 🙂 To, co zadają nauczyciele bardzo często nie pasuje do zainteresowań uczniów. Ta, bardzo często. Chyba zawsze…
    Wartościowy blog. Dziękuję 🙂

    https://frailty7.wordpress.com/

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s